(NIE)KULTURALNY ROZWÓD I CO DALEJ?

  • By:Andrzej Kmieciak
  • 0 Comment

Ślub i rozwód, dwa przeciwstawne zdarzenia, które – obok narodzin lub śmierci – decydują o jakości naszego życia. Pierwsze zazwyczaj miłe, drugie wręcz przeciwnie, za to bywa, że obydwa bardzo wyczekiwane. Nic zatem dziwnego, że towarzyszą im silne emocje i rozterki duchowe, które można porównać jedynie do tych, które były udziałem duńskiego księcia Hamleta w jego słynnym monologu w utworze Williama Shakespeare’a. Parafrazując dylemat, odwiecznie ukryty w słowach „Być albo nie być” mogę go zamknąć w innej sentencji „Czy można się rozwieść kulturalnie? Oto jest pytanie!”.
Czy kulturalny rozwód, to nie jest sprzeczność sama w sobie? Przecież ludzie się rozwodzą, bo już dłużej nie chcą i nie potrafią ze sobą być; bo co najmniej przestali się lubić, a często i niestety zaczęli nienawidzić. Ponieważ rozstaniu zawsze towarzyszą emocje, uwalniające się lawinowo i poza wszelką kontrolą, wydaje się niemożliwe, aby na etapie przygotowania i samej rozprawy rozwodowej zachować wobec siebie elementarny szacunek. Jak się niestety okazuje ta reguła – z nielicznymi wyjątkami – dotyczy wszystkich rozwodzących się par, niezależnie od ich stażu małżeńskiego, pochodzenia i wykształcenia, ale uwaga… nie wieku rozwodników.

W znanej prawnikom anegdocie, przewodniczący rozprawy, na widok wchodzącej na salę sędziwej i zgodnie zachowującej się pary, z ciekawością zapytał:
– A ile państwo macie lat?
– Razem będzie ze 180 – odpowiedział pozwany.
– I w tym wieku macie jeszcze takie pomysły? – dalej dopytywał sędzia.
– Bo ja już Wysoki Sądzie od ponad 50 lat nie mogę z nim wytrzymać, odpowiedziała powódka.
– Hm, to czemu dopiero teraz zdecydowali się państwo na rozwód? – kontynuował zaskoczony sędzia.
– Ponieważ wcześniej chodziło nam o dobro dzieci – jednocześnie i zgodnie odpowiedziały strony.
– No dobrze, a co takiego od tamtej pory się zmieniło?
– Dzieci już pomarły, Wysoki Sądzie!   

Czy zatem kulturalny rozwód może dotyczyć tylko ludzi w podeszłym wieku, jak w wyżej cytowanej anegdocie? Co tracimy, albo co zyskujemy. rozwodząc się po prostu „po ludzku”?

Najlepiej, gdy przytoczę jedną z dobrze znanych mi historii. Obydwoje byli moimi znajomymi. Jego znałem jeszcze z czasów studiów: wrażliwego, romantycznego chłopaka. Odkąd się ożenił, nasze drogi rozeszły się. Czasami się spotykaliśmy w niezobowiązujących sytuacjach. Wiele mi wtedy opowiadał o swojej rodzinie: żonie, dzieciach, osiągnięciach i planach na przyszłość. Ona w odróżnieniu od niego była bardziej energiczną osobą, kontrolowała i nadawała ton i kierunek ich życiu. Jemu to najwyraźniej odpowiadało: wszystko było przewidywalne i na czas przygotowane; mógł się skupić na swojej naukowej karierze.

Niedawno przypadkowo spotkałem go na mieście. Weszliśmy do pobliskiej knajpki i zaczął opowiadać. Idylla gwałtownie się skończyła. Żona wymówiła wikt i opierunek, bezustannie i niewybrednie zaczęła dokuczać, aż ostatecznie wymusiła na nim wyprowadzenie się z mieszkania. Jednocześnie wniosła sprawę o rozwód i to z jego winy. Zarzuca mu, że znęcał się nad rodziną i … seksualnie molestował ich aktualnie kilkunastoletnie dziecko, kiedy jeszcze było małe. Mówiąc to, mój rozmówca skurczył się nad stolikiem, przy którym siedzieliśmy i nie potrafił ukryć łez. Co z tego, że równolegle ze sprawą cywilną prowadzone postępowanie karne nie dostarczyło dowodów na molestowanie. Sprawa o znęcanie się fizyczne i psychiczne ciągle jest w toku! Ileż poniżenia, niepotrzebnych stresów musiał doświadczyć. Pod wpływem sprawy karnej sąd – tak na wszelki wypadek – kierując się „dobrem” dziecka, wykluczył go z grona osób mogących się z nim spotykać. A dziecko czasami potajemnie zadzwoni i opowiada, jak mu brak ojca. Czasami również w tajemnicy przed wszystkimi na krótko się spotkają, pójdą na lody, porozmawiają tylko, że … trudno się potem rozstać.

Pytam go, jak do tego doszło? Bezradnie rozkłada ręce, „nie wiem!”. Pamięta tylko, że od jakiegoś czasu obydwoje z żoną bardzo się od siebie oddalili. Żyli razem, ale jakby osobno. Kiedy wreszcie przemógł się i chciał porozmawiać o tym, co się stało, że tak jest, usłyszał tylko „wszystkiego się dowiesz niebawem”. Innym razem dowiedział się tyle na swój temat, że tylko usiadł ciężko na kanapie i z trudem łapał oddech. Jego wykształcona, kulturalna żona nie przebierała w słowach. Określenia: „niedojrzały facet”, „dupek, który zmarnował mi życie”, „przeklinam ten dzień kiedy ciebie poznałam”, „żałuję, że urodziłam twoje dzieci” – to tylko najdelikatniejsze z bogatego repertuaru. Żadnych konkretów, przykładów, racjonalnego uzasadnienia, za to mnóstwo emocji i towarzyszących im inwektyw. Niedługo potem – już z pism procesowych – dowiedział się, że jest przestępcą.

– Zastanawiam się – powiedział – czy dobrze zrobiłem wyprowadzając się ze wspólnego mieszkania? Nie chodzi tylko o to, że chciałem mieć jakiś komfort psychiczny, ale obawiałem się o dziecko, które słucha, widzi i przeżywa, to co się dzieje. Codziennie do mnie podchodziło i pytało „tatusiu, czy coś dzisiaj jadłeś? Może chcesz jabłuszko, chętnie się z tobą podzielę?” Wyprowadzając się chciałem przede wszystkim je ochronić, a także zapobiec złemu ukształtowaniu opinii na temat ojca, docieranego i poniżanego przez  matkę, który w takiej sytuacji nie ma dobrego wyjścia. Jak zareaguje i się postawi, to tylko doleje oliwy do ognia. Gdy będzie to cierpliwie znosił, może utracić szacunek dziecka. A przecież ojciec musi mieć autorytet! Nieprawdaż?

Ponieważ obydwoje ich znałem, jego jak zaznaczyłem bardziej, trudno mi było uwierzyć w prawdziwość zarzutów, w tym o znęcaniu się nad rodziną. Ten człowiek po prostu się do tego nie nadawał: zawsze wycofany, spolegliwy, pod pantoflem. Trochę taka ciepła klucha, ale takiego ona sobie wybrała. Odpowiedziałem mu więc, że jeśli będzie potrzebował pomocy prawnej, to kogoś mu polecę. Nie wejdę jednak osobiście w sprawę, bo znam ich oboje. A co do wyprowadzenia się – również moim zdaniem – po prostu wybrał mniejsze zło.

Opowiedziana wyżej historia, w tym opis zachowania skonfliktowanych stron, to niestety co raz częściej klasyka gatunku. Do tego sfeminizowane sądy, przed którymi jakże często, to właśnie mąż musi udowadniać, że nie jest przysłowiowym wielbłądem, żonie zaś wystarczy, że go tak nazwie.

Dlaczego ludzie nie potrafią się kulturalnie rozstać? Zazwyczaj pobierali się jako zakochane misie, które świata poza sobą nie widziały. Teraz, pomimo, że zdecydowali inaczej, to nadal wiele ich będzie ze sobą łączyć lub wymagać dalszej współpracy. Dlaczego tak im zależy, aby sobie dokopać, bez względu na koszty osobiste i finansowe? Jaką satysfakcję będą mieli z orzeczenia czyjejś wyłącznej winy? Przecież obydwoje najlepiej wiedzą, jak było naprawdę? Czy rzeczywiście chodzi o te nieszczęsne alimenty dla niewinnego małżonka? Za cenę prania brudów, podstawiania fałszywych świadków, angażowania w konflikt dzieci i członków najbliższej rodziny? Ileż trzeba mieć zatwardziałości w sercu, potrzeby zemsty, aby na szali postawić wszystko: przeszłość (która nie tylko obfitowała w złe wydarzenia, ale i miłe wspomnienia), przyszłość (w tym dobre kontakty z dziećmi i ich właściwy rozwój psychiczny) i teraźniejszość – tylko po to, aby uczynić jeszcze większe piekło.

Rozwód, to nie szczęśliwy finał, jak się niektórym wydaje, lecz zaledwie początek całkiem nowej sytuacji, za to ciągle pełnej starych i nierozwiązanych problemów, o które, niestety, nieraz jeszcze będziemy się potykać: w związku z podziałem majątku, regulacją wspólnych zobowiązań, wychowaniem dzieci. Dlatego tak ważne jest, aby na tym pierwszym, najbardziej emocjonalnym etapie, uczynić to jak najmniej boleśnie, kulturalnie i z wzajemnym poszanowaniem. Tylko wtedy daje to szansę na konieczną i względnie poprawną współpracę w przyszłości. Oczywiście nie wyklucza to żądania rozwodu z orzeczeniem wyłącznej winy współmałżonka (bywają bowiem i takie usprawiedliwione sytuacje). Chodzi natomiast o to, aby nie czynić go ponad potrzebną miarę, wrogiem swoim i wspólnych dzieci.

Niewątpliwie mądry i doświadczony pełnomocnik może nam pomóc w kulturalnym rozejściu się. To nie może być jednak zwykły fighter, znający do perfekcji sztukę walki a w pokonanym polu pozostawiający wyłącznie zgliszcza! Ani tak pożądany przez niektórych prawnik-awanturnik, dla którego zlecenie zaczyna i kończy się na sprawie o rozwód! On musi umieć widzieć więcej i patrzeć z wielu perspektyw naraz. Dlatego powinien być jeszcze obdarzony wieloma innymi i nierzadko przeciwstawnymi zdolnościami np. do empatii, a jednocześnie zachowania niezbędnego dystansu, tak cennego w sytuacji, gdy zabraknie ich stronom postępowania, a czasami i samemu sądowi. W tych sprawach bowiem – niezależnie od końcowego rozstrzygnięcia i samopoczucia samych zainteresowanych – nie ma wyłącznie wygranych lub przegranych. Są natomiast ci, którym dotychczasowe wspólne życie się nie udało. Tymczasem Klienci przychodzą do kancelarii zazwyczaj z zupełnie innym nastawieniem. Chcą zwyciężyć, a klęska przeciwnika musi być spektakularna i ogromna. Kiedyś nawet usłyszałem pełne zarzutu pytanie: „panie mecenasie, to po czyjej pan w końcu jest stronie?” Musiałem zaniepokojonego Klienta długo przekonywać, że ostatecznie i tak mu się to opłaci. Do dzisiaj jest mi wdzięczny.

Posted in: Prawo Rodzinne

Comments

No Responses to “(NIE)KULTURALNY ROZWÓD I CO DALEJ?”

No comments yet.

Dodaj komentarz